Zapraszamy na www.misjemsf.pl: Od miesiąca nie widziałem nocy

środa, 24 czerwca 2020

Od miesiąca nie widziałem nocy


Ks. Rafał Ochojski MSF, pracujący od kilku tygodni w Norwegii, podzielił się z nami pierwszymi wrażeniami...

OD MIESIĄCA NIE WIDZIAŁEM NOCY...
Odkąd wstąpiłem do Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny chciałem wyjechać na misje. W seminarium wraz z innymi klerykami mocno angażowałem się w Klerycki Referat Misyjny, którego przez 3 lata byłem szefem. W tym czasie udało nam się zrealizować wiele misyjnych projektów takich jak: wydanie książek naszych misjonarzy, szeroko pojęta animacja misyjna poprzez spotkania, katechezy, prelekcje, prezentacje eksponatów z naszego muzeum misyjnego, wydawanie ulotek misyjnych, czy stworzenie kolekcji filmów o tematyce misyjnej. Gdy byłem diakonem, w wakacje, zostałem wysłany na praktykę misyjną do Norwegii i to był dla mnie przełomowy moment, który mocno uczepił się mojego serca! I choć w dalszym ciągu miałem pragnienie pracy misyjnej w krajach o specyfice stricte ad gentes, czyli tej pierwszej ewangelizacji, to jakoś temat Norwegii uwił sobie we mnie bardzo mocno uczepione gniazdko. Po święceniach trafiłem na parafię w Złotowie, gdzie byłem 3 lata wikarym i katechetą – cudowny czas, piękni ludzie. Później siedem lat w Referacie Powołań (sic!) tak, nie w Referacie Misyjnym a Powołaniowym. Na początku miałem wrażenie, że w niebieskich księgach Woli Bożej wkradł się jakiś błąd – referat owszem, ale nie powołaniowy! Ale jednak to nie był błąd. Znów Pan Bóg pokazał, że On wie lepiej co jest dla mnie dobre! Wydawało mi się, że po tych 7 latach uda mi się w końcu wyjechać na misje (złożyłem już w tym czasie kilka podań z prośbą o wyjazd do Norwegii), ale znów Pan Bóg zrobił po swojemu – dekretem Księdza Prowincjała zostałem redaktorem Posłańca Świętej Rodziny. Przyjmując ten dekret mentalnie przyjąłem chyba decyzję, która dla mnie była jednoznaczna – na misje raczej nie pojedziesz... Ale znów poszło nie tak jak sobie w moim małym umyśle poukładałem, bo decyzją Rady Prowincji wydawanie Posłańca zostało zawieszone, a ze mnie została zdjęta funkcja redaktora, a za tym bardzo szybko przyszło pytanie Księdza Prowincjała czy nadal chcę wyjechać do Norwegii, bo jest potrzeba?! Serce zabiło mi dwa razy mocniej, bo już chyba pogodzony z tym, że raczej nic z misji nie będzie, drzwi do pracy misyjnej stanęły przede mną otworem, tak bardzo jak jeszcze nigdy dotąd! Już sobie zacząłem planować, układać, wypełniać kalendarz, czas na urlop, czas na pożegnanie (w końcu przez 11 lat mieszkałem praktycznie w tym samym miejscu – cudnej Krajnie, tam też pozostali Przyjaciele), w sierpniu pewnie wyjazd, bo tak zazwyczaj było... Fakt, było! W lutym 2020 roku zostałem wezwany na sesję Zarządu Prowincjalnego i poinformowany o tym, że została podjęta decyzja o moim wyjeździe do Norwegii, ale w... maju!!! W maju? Nie w sierpniu? Może chociaż lipiec? Tak szybko? A moje plany? Takie myśli lotem błyskawicy przeszyły mój umysł. I znów Pan Bóg doświadczył – powiedział – chciałeś misji? Ok, pojedziesz, ale nie będzie do końca tak jak sobie to planowałeś, a znów po mojemu. Oczywiście bez zawahania przystałem na ten plan, mając świadomość, że Jego opcja jest o wiele lepsza od mojej choć wcale nie łatwa, bo jak się okazało urlopu w domu z rodziną nie będzie. A i z pożegnaniem z Przyjaciółmi i moją młodzieżą problem, bo wszelkie plany pokrzyżował wirus. 
21 maja na pokładzie promu opuszczałem Ojczyznę. Ostatnim widokiem polskiej ziemi było zachodzące słońce nad gdyńskim portem. Wtedy zaszło po raz ostatni. I od miesiąca nie widziałem nocy. Po przybyciu do Tromsø musiałem odbyć obowiązkową 10-dniową kwarantannę. Po jej zakończeniu mogłem wyjść z cienia zarazy i rozejrzeć się po mieście, które już jednak znałem - byłem tu wcześniej. Zacząłem odprawiać Mszę Świętą w języku norweskim najpierw u sióstr Elżbietanek, które wykonują tu w Norwegii cudowną pracę na rzecz Kościoła i Ewangelii. Później nadszedł czas na Msze w katedrze, zarówno po polsku, jak i po norwesku. Pierwsze kontakty, znajomości z parafianami, którzy stanowią bardzo zróżnicowane kulturowo i narodowo środowisko. Rozpocząłem też naukę języka, bo to podstawa jakiejkolwiek owocnej działalności w obcym kraju. Norweska codzienność księdza wygląda nieco inaczej niż polska, bo tu w naszej wspólnocie jest nas (póki co) trzech, pozostałych czterech Współbraci pracuje na swoich parafiach oddalonych w promieniu nawet 800 km. Spotykamy się raz w miesiącu na dniu skupienia. Tutaj oprócz tego, że jesteśmy Kapłanami przeznaczonymi do sprawowania Kultu Bożego, sami jesteśmy kucharzami, kościelnymi, katechetami, ogrodnikami itd. Ale podstawą, na której buduję jest brewiarz, różaniec, medytacja i Msza Święta. To są źródła Łaski, której doświadczam każdego dnia, to takie koła ratunkowe, bo nawet, gdy okoliczności życiowe zmieniają się diametralnie, to istota naszego życia zakonnego i kapłańskiego zawsze pozostaje ta sama!!!












Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna