Zapraszamy na www.misjemsf.pl: Ks. Ludwik Wawrzeczko wrócił do Polski na leczenie

środa, 14 października 2020

Ks. Ludwik Wawrzeczko wrócił do Polski na leczenie

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Już od kilku miesięcy nic nie pisałem. Pracy jest bardzo dużo, a czasu ciągle brakuje. No i Pan Bóg znalazł mi ten czas. Od tygodnia jestem w Polsce i czekam na zabieg. A jak do tego doszło? Koronawirus trochę nas pogonił i w pierwszym momencie na Madagaskarze zostały pozamykane kościoły, szkoły, internat itd. W miarę jednak oswajania się z sytuacją, pomalutku wszystko zaczęło wracać do normy, a nawet w niektórych miejscach, w „dziurach zabitych dechami” życie toczyło się bez zawirowań. Tak więc w Święta Wielkanocne odprawiałem Msze św. przy pełnym kościele, gdzieś tam na końcu świata, gdzie nawet radio nie dochodzi. 

I mimo, że w pierwszym momencie dzieci z internatu zostały puszczone do domu, to jednak z różnych przyczyn zawsze od kilku do kilkudziesięciu wychowanków zostało na miejscu. A im dalej od pory deszczowej, która kończy się wraz z Wielkim Postem, tym trudniej było z wodą. Dwie studnie, które już wcześniej były wykopane i z których, oprócz misji, korzystali mieszkańcy wioski, zaczęły być niewystarczające. Wykopaliśmy więc trzecią studnię, która  na jakiś czas zaspokoiła nasze potrzeby. Niestety nie na długo, gdyż pora sucha coraz bardziej obniżała poziom wód gruntowych. Od 1 września, dzięki dobrodziejom – Wam Drodzy Przyjaciele Misji, miał ruszyć nowy projekt „szkółki zawodowej” dla 30-osobowej grupy młodzieży. Zaczęliśmy więc kopanie czwartej studni.

Pięknego poranka 13 sierpnia, będąc 10 m pod ziemią, ustawiałem i poprawiałem betonowe kręgi. W pewnym momencie 10 betonowych kręgów (każdy ważący po ok. 300 kg) spadło na palce mojej lewej nogi. Szybka akcja ratownicza, młotek i przecinak, wykuwanie dziury na złączach dwóch kręgów, aby można było wyciągnąć nogę. Szybko zbiegli się tubylcy i wyciągnęli mnie na powierzchnię. Dokuśtykałem do samochodu i po pół godzinie od momentu wypadku byłem już w „szpitalu”. Lekarz „przyszył” dwa i pół wiszącego palca i po 24 godzinach wypuścił mnie do domu. Codziennie przychodził jednak do mnie zmieniać opatrunki i robić zastrzyki. Zapewniał, że uda się mnie wyleczyć na miejscu. Było mi to bardzo na rękę, mogłem pozostać pośród moich owieczek, doglądać przygotowań do otwarcia „szkółki zawodowej”, przypilnować dzieciaków z internatu, a od 1 września przyjąć nowych uczniów. Po dwóch tygodniach byłem już w stanie prowadzić samochód, więc jeździłem po wioskach, wróciłem do w miarę normalnej pracy misyjnej. Jednak sprawy zaczęły się komplikować. Palce się „nie przyjęły”. Rana cały czas ropiała. Kurz i brud to tutaj codzienność, trudno utrzymać odpowiednie warunki sanitarno-higieniczne. Przełożeni postanowili interweniować. Zostałem skierowany do szpitala wojewódzkiego, gdzie „wysuszono” ranę i stwierdzono konieczność operacji. Wysłano mnie do szpitala wojskowego w stolicy, ale tam zaproponowano mi obcięcie wszystkich palców u lewej nogi, bo pozostałe też „budzą wątpliwości”. Podziękowałem „wojskowym” i lotem ewakuacyjnym udałem się do Europy (Madagaskar, aby zabezpieczyć się przed wirusem, „odciął się” od świata).

Na 15 października mam wyznaczony termin zabiegu w szpitalu w okolicach Poznania. Bardzo proszę Was o modlitwę… Taki oto sposób Pan Bóg znalazł dla mnie, abym trochę więcej pomyślał o modlitwie, no i znalazł czas na napisanie tego listuJ.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Doświadczyłem wiele dobra od różnych ludzi, za których jestem Bogu dozgonnie wdzięczny. Sztafetę, którą rozpocząłem na Madagaskarze (szkoła centralna, internat, szkółki na wioskach itd.) prowadzą teraz moi współbracia w zakonie i współpracownicy świeccy. Chociaż fizycznie mnie tam nie ma, ale od czego jest „zdalne sterowanie”J. W Tandrano i okolicach, gdzie to wszystko się dzieje, nie ma internetu, a nawet telefonu. Ale gotowość do służby Bogu i ludziom pozwala przekroczyć te ograniczenia. Co tydzień kapłan ze stacji głównej udaje się do Tandrano na jeden dzień, aby na miejscu doglądnąć spraw, opłacić co trzeba, podjąć decyzje itd., a świeccy idą dalej - na wioski, do internatu, szkoły i szkółek. I tak sztafeta biegnie dalej. A następnego dnia, gdy kapłan wróci do stacji głównej, to zdaje mi relację w formie e-maila. Bardzo dobrze się stało, że musiałem opuścić Madagaskar, bo w tym momencie to już nie „biały” jest za wszystko odpowiedzialny; wiele zależy już od miejscowych. Marzy mi się, aby też i finansowo byli niezależni. Ale do tego daleka droga.

Jedyną rzeczą, z którą musimy się pożegnać jest „szkółka zawodowa”. Eksperyment nie powiódł się, ale to głównie z mojej winy: brak głowy do rachunków. Ze „szkółką” ruszyliśmy 1 września. W założeniu 15 dziewcząt miało się uczyć krawiectwa i gospodarowania domem, a 15 chłopców - stolarstwa i zajęć technicznych. Od początku był problem z frekwencją (ktoś przyszedł, ktoś odszedł), ale z Bożą pomocą szliśmy do przodu. Do końca października „szkółka” będzie normalnie funkcjonowała, a później – ze względów ekonomicznych - będziemy ją wygaszać.

Jak mówi św. Teresa od Dzieciątka Jezus: „wszystko jest łaską”. Tak też staram się odbierać to, co się wydarza. Bardzo osobiście odczytuję encyklikę „Fratelli tutti” (na Madagaskarze zapewne nie miałbym czasu jej czytać). Nie ważne jest pytanie, „kto jest moim bliźnim?”, ale „dla kogo ja jestem bliźnim?”. Tak po ludzku, może niewiele ktoś zyskał ze spotkania z nami; może tylko jest w stanie zrobić krzesło czy uszyć jakieś proste ubranie, może wypleść torbę na swoje potrzeby albo ledwo co opanuje sztukę czytania i pisania. Ale ważne jest to, że wyciągnęliśmy do niego rękę. I mam nadzieję, że to było dla niego muśnięciem Boga, które będzie owocowało w jego życiu. A my dopiero w wieczności zobaczymy owoce naszej pracy.

Niech Pan błogosławi i strzeże

ks. Ludwik Wawrzeczko MSF





 

Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna