Zapraszamy na www.misjemsf.pl: września 2019

poniedziałek, 30 września 2019

Nowi księża w diecezji Goroka






piątek, 27 września 2019

Najwyższy szczyt na PNG zdobyty:)

Ks. Adam Samsel przesłał pozdrowienia
z  Papui, z najwyższej góry Mt. Wilhelm.
Piękna, majestatyczna, wymagająca pokory
i samozaparcia.







środa, 25 września 2019

Wolontariuszka misyjna Żaneta Kiliszek z Otwocka-Świdra


Mwauka bwanji - tak w języku nyanja (drugi po angielskim język używany w Zambii) witają się Zambijczycy, a, że właśnie o Zambii będzie mowa, więc i ja witam się tym zwrotem.
Nazywam się Żaneta Kiliszek, jestem parafianką naszego kościoła (red. - sanktuarium św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Otwocku-Świdrze k. Warszawy), który z misjami ma bardzo wiele wspólnego. Już na pewno nie tak wiele, ale jednak troszkę styczności z tematem misji mam również i ja.
3 września 2018 roku z ramienia Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego w Warszawie wyjechałam na roczny wolontariat misyjny do stolicy Zambii, Lusaki. Wyżej wymieniona organizacja umożliwia wyjazdy misyjne młodym, świeckim ludziom. Zanim to jednak nastąpi każdy z kandydatów uczestniczy w rocznej formacji, podczas której raz w miesiącu odbywają się weekendowe zjazdy, na których przygotowujemy się do wyjazdu oraz zgłębiamy salezjański charyzmat. Finalnym etapem przygotowań są testy psychologiczne, po których podejmuje się indywidualne decyzje czy danego kandydata posłać na misję czy lepiej nie. Mnie się udało, za co wielka Chwała Panu!
Moja historia nie była taka, że pomyślałam, zgłosiłam się i wyjechałam.
Pierwsze przebłyski i myśli o misjach pojawiły się u mnie w pierwszej klasie liceum, a wyjechałam wiele lat później, mając 26 lat. W tym czasie pragnienie wyjazdu miało różną intensywność, jednak pomysł ten siedział mi z tyłu głowy na tyle mocno, że musiałam spróbować go zrealizować.
4 września 2018 r. wylądowałyśmy na Czarnym Lądzie, w zambijskiej Lusace (stolica), gdzie przyszło mi spędzić kolejny rok życia. Oprócz mnie do Zambii posłano dwie inne wolontariuszki, jedna z nich, Ewelina pracowała w Mansie, na północy kraju. Druga, Ania, była moją towarzyszką. Przyszło nam razem mieszkać i pracować na placówce, u sióstr salezjanek, o wdzięcznej nazwie City of Hope.
Dzieło prowadzone przez siostry to prężnie działająca, ogromnych rozmiarów jednostka, która pełni różne zadania. Z mojego punktu widzenia istotne były dwa z nich.
Po pierwsze znajduje się tutaj odpowiednik naszego domu dziecka, który na stałe zamieszkuje 28 dziewczyn (w wieku 8-22 lata), o bardzo przykrej przyszłości. Są to często dzieci ulicy, wykorzystywane seksualnie, sieroty, półsieroty. Dość powiedzieć, że ich historie dalekie są od godnych pozazdroszczenia. Ponadto na placówce prowadzone są szkoły: podstawowa, średnia i zawodowa, do których uczęszczały nie tylko podopieczne placówki, ale również dzieci z miasta, których rodziców było stać na szkołę. W Zambii edukacja na każdym szczeblu jest płatna i nie każde dziecko ma do niej dostęp.
Jeśli chodzi o moje zadanie to każdego, powszedniego dnia do godziny 13 pracowałam w szkole, gdzie pomagałam nauczycielowi prowadzić lekcje. Sama nie uczyłam, ale sprawdzałam zadania domowe, lekcyjne, przepisywałam książki na tablicę (w Zambii nie stać dzieci na prywatne podręczniki) przygotowywałam egzaminy i generalnie pomagałam ogarnąć chaos, którego nie sposób uniknąć w czterdziestoosobowych klasach. Po powrocie ze szkoły był czas na lunch, który jadłyśmy z naszymi dziewczynkami (mam tu na myśli, te które zamieszkują ośrodek), a potem w zależności od dnia były 2 lub 3 godziny czasu wolnego. Popołudnia spędzałyśmy z dziewczynkami, organizując im różne zajęcia: gry sportowe, rękodzieło, malowanie, robienie różnych ozdób i dekoracji. Wraz ze mną na placówce, oprócz wspominanej Ani, były dwie wolontariuszki z Niemiec, więc wspólnymi siłami mogłyśmy więcej zdziałać. O godzinie 17 każdego dnia był różaniec, po nim kolacja, a wieczorem od godz. 18.00 do mniej więcej 19.00-20.00 czas na odrabianie lekcji z dziewczynkami. Po godz. 20.00 byłyśmy wolne.
W weekendy, kiedy nasze podopieczne miały więcej wolnego czasu, wyświetlałyśmy im filmy. Co sobotę odbywało się tzw. oratorium, czyli charakterystyczne dla salezjańskiego ducha, miejsce, gdzie spotykała się młodzież, aby wspólnie się uczyć, bawić i modlić. Oratorium, które trwało zawsze około trzech godzin, było otwarte dla dzieci i młodzieży z okolicy. Niedziela były dniem wolnym, po porannej mszy (miałam do wyboru mszę o godz. 7.00 lub 8.30) mogłam gospodarować swoim czasem w dowolny sposób.
Zadania i obowiązki nie były skomplikowane, ani męczące, doskonale zdaję sobie sprawę, że moja obecność na placówce nie było nieodzowna. Uświadomiłam sobie jednak,
że nie zawsze chodzi o to, aby robić wielkie rzeczy, budować szkoły, doprowadzać wodę czy elektryfikować wioski. Miejsce, w którym postawił mnie Bóg nie wymagało wsparcia
o charakterze infrastrukturalnym. Tutaj liczyła się tylko i aż obecność, do tej zostałam powołana na swojej misji i na miarę możliwości starałam się ją okazywać. Wiem też na pewno, że otrzymałam z tego wyjazdu nieproporcjonalnie więcej niż dałam.
Ten miniony rok był lekcją wszystkiego: pokory, cierpliwości, akceptowania tego
co niezrozumiałe, pokonywania swoich słabości, gryzienia się w język, przyjmowania codzienności taką jaką jest, a także poznawania i odkrywania siebie i swoich zachowań oraz reakcji na nowe, nieznanie dotychczas sytuacje. Wszystkie zdarzenia, spotkani ludzie, przeprowadzone rozmowy, własne obserwacje i towarzyszące im refleksje będą we mnie pracować chyba przez całe życie. Nie da się tak po prostu zapomnieć czy wymazać z życiorysu tych nowych, ekstremalnych przeżyć, które prawdopodobnie nigdy nie byłyby moim udziałem, gdybym nie zdecydowała się wejść w tę Afrykańska przygodę. Przygodę, która skończyła się w konkretnym miejscu i czasie, a w moim sercu i umyślnie będzie wiecznie żywa.
23 sierpnia 2019 roku, po niespełna roku, w pełni zdrowa na ciele i umyśle chyba też, bogatsza o nowe doświadczenia, przeżycia, znajomości wróciłam szczęśliwie do kraju.
Wszystko ma swój czas, jak pisze Kohelet. Zakończył się mój rozdział życia w Zambii, gdzie na zawsze zostawiłam jakąś cząstkę siebie, ona zaś trwale wyryła sobie szczególne miejsce w głębi mojego serca i pamięci. One Zambia, One Nation!

PS. zainteresowanych szerszymi relacjami odsyłam do bloga, którego prowadziłam w Zambii:
http://muzungu-na-czarym-ladzie.blogspot.com